Zaloguj
Reklama

Co media mają przeciw psychiatrii?

Autor/autorzy opracowania:

Adres www źródła:

Kategorie ICD:


Co media mają przeciw psychiatrii?
Fot. medscape.com
(4)

Artykuł stanowi komentarz do dyskusji jaka rozgorzała na łamach portalu Medscape.com po publikacji krytycznego wobec postępowaniu psychiatriów artykułu w New York Times.

W połowie lutego na portalu Medscape ukazał się artykuł prof. Liebermana p.t. What Does the New York Times Have Against Psychiatry? stanowiący odpowiedź na tekst profesor Luhrmann, który ukazał się na łamach „New York Timesa” (Redefining Mental Illness). W efekcie na portalu medycznym ukazała się polemika psychiatry zaangażowanego głównie w badania dotyczące schizofrenii z tekstem antropolożki, w spektrum zainteresowań której mieszczą się takie zagadnienia jak czary, ale i … psychiatrzy. Polemika ta wywołała szeroką dyskusję między użytkownikami – przedstawicielami różnych profesji medycznych zarejestrowanymi na portalu. Choć antypsychiatria to ruch powstały w latach 60. ubiegłego stulecia, w przytaczanej polemice słychać powtarzanie ówczesnych argumentów po obu stronach. Prof. Lieberman wystosował także odpowiedź do „New York Timesa”, ale nie została ona dotychczas opublikowana. Czytelnicy portalu na zmianę krytykują i chwalą jego argumenty dotyczące faktów zasadności włączania obecnie istniejącej farmakoterapii do leczenia schizofrenii, czy użyteczności stawiania rozpoznań chorób psychicznych (i rozróżnienia pomiędzy objawem takim jak omamy słuchowe czy podejrzliwość, a chorobą stanowiącą cały zespół objawów). Część czytelników oburza się, że za komentowanie psychiatrii wzięła się osoba bez wykształcenia medycznego. Wydaje się, że jest w tym zarzucie coś niewłaściwego. Przecież psychiatrię komentują przede wszystkim nie-psychiatrzy, prawdopodobnie najczęściej czynią to pacjenci czy ich rodziny, a mądrzy specjaliści wchodzą z nimi w dialog, ponieważ tylko taka forma daje szansę na korekcję ewentualnych zniekształceń poznawczych. Interesujące, że także wśród samych lekarzy przekonania na temat naukowości psychiatrii są bardzo zróżnicowane, co uwidoczniło się w internetowych komentarzach pod tekstem.


Debata ta, choć toczy się na zagranicznym portalu, jest bardzo aktualna także w kontekście tego, co publikują polskie media. W polskich gazetach szpital psychiatryczny to zatłoczone miejsce, w którym w złych warunkach przebywają bliżej nieokreśleni „wariaci”. Nietrudno się domyślić, że nikt rozsądny się takimi wariatami nie zajmuje. Prasa dąży do publikowania sensacji, więc psychiatra to także taki człowiek, który zwalnia rozmaitych bandytów od odpowiedzialności karnej dając im status niepoczytalnych. Próżno szukać doniesień o tych, którzy byli badani przez biegłego psychiatrę, a jednak potem zostali skazani wyrokiem. Zaczyna zatem działać heurystyka dostępności i przeciętny obywatel wyrabia w sobie postawę pełną niechęci dla psychiatrii w ogóle. Wyważonego wyrobienia opinii nie ułatwia także polskie ustawodawstwo, strasząc „ustawami o bestiach”, które pozwalają na istnienie instytucji izolujących, a nie leczących, niebezpiecznych przestępców, ale podlegających pod ministerstwo zdrowia, a nie sprawiedliwości.

Co może niektórych zaskakiwać, wzmianki o antypsychiatrii pojawiają się w podręcznikach psychiatrii (vide np. „Psychiatria. Sedno.”). Jest to bardzo dobry trend. Adept psychiatrii powinien mieć choćby ogólne pojęcie na temat tego zjawiska, choć samo jego istnienie daje do myślenia. Słusznie bowiem zauważa Lieberman, że nie ma ruchu antykardiologicznego. Dlaczego? Kardiologia rozwija się szybciej niż psychiatria, przybywa algorytmów postępowania i nowych substancji czynnych. W psychiatrii postęp ten jest mniej spektakularny, prace nad nowymi lekami mniej intensywne, a i schizofrenia jest mniej medialna niż zawał serca. Przeciętny zjadacz chleba mniej boi się zawału niż bycia konceptualizowanym przez psychiatrę, który może postawić stygmatyzującą diagnozę. To stygmatyzację zarzucają psychiatrii antypsychiatrzy, a robiąc to niebezpiecznie popadają w relatywizm komentując poszczególne objawy jako wariant normy. Rozbijanie chorób na objawy prowadzi do zatarcia ich obrazu jako całości i niesie duże ryzyko zapomnienia o tym, że choroby psychiczne w większości niosą za sobą realne cierpienie (dystres) i często motywację do leczenia. Lieberman powołuje się na naukowość psychiatrii, trafność hipotezy dopaminergicznej schizofrenii. To prawda, nie przytacza on jednak innych koncepcji, choćby glutaminergicznej i faktu, że brakuje leków przeciwpsychotycznych działający na ten układ przekaźników. Dopiero merytoryczna dyskusja jest w stanie wyjaśnić takie niuanse osobie nie związanej z medycyną. Dopiero wyważona dyskusja na temat (anty)psychiatrii przyczyni się do zmniejszenia stygmatyzacji pacjentów psychiatrycznych.

 

Filarem dobrej relacji powinna być empatia, wrażliwość na niego. Dlatego i do argumentów antypsychiatrów należy się odnosić z empatią. W tomie 3 podręcznika „Psychiatria” pod red. Pużyńskiego, Wciórki i Rybakowskiego wnikliwy czytelnik znajdzie nawet podrozdział „Psychiatria i antropologia” (s. 676), zresztą zaraz obok „psychiatrii a feminizmu”. To właśnie z tego podręcznika uczą się lekarze do egzaminu specjalizacyjnego. Kryteria diagnostyczne chorób psychicznych być może nie są idealne, ale z pewnością uwzględniają one normy kulturowe w interpretowaniu objawów, a nawet wyróżniają zaburzenia specyficzne kulturowo. Prace nad kryteriami diagnostycznymi trwają nieustannie i obejmują różnorodną metodologię, w tym konsultacje z lekarzami praktykami. Praktycy ci także są zanurzeni w kulturze. Psychiatria nie jest monolitem, a dynamicznym tworem. Jako taka korzysta nawet z antypsychiatrii. Z pewnością wpływy te widać w zakresie rozwiązań organizacyjno-prawnych i bardzo jednoznacznym sformułowaniu zasad leczenia bez zgody i stosowania przymusu bezpośredniego. To dzięki oddziaływaniom antypsychiatrów powstały także soterie.

Profesor Lieberman zauważa ryzyko nie otrzymania właściwej pomocy przez niektórych z pacjentów ze względu na komunikaty o potencjalnej medykalizacji, rzekomej nieskuteczności leczenia i nienaukowości psychiatrii. W przypadku osób bez wglądu chorobowego, nie ufających psychiatrom łatwo o odwrócenie się od potencjalnej pomocy. Wytrwanie w tej decyzji mogą wspierać koncepcja Szasza traktująca chorobę psychiczną jako mit, czy pozytywnie wartościująca psychozę koncepcja Lainga, który twierdził, że choroba umożliwia wyrażenie prawdziwego Ja. Większości klinicystów doprawdy trudno sobie wyobrazić, by zubażający proces psychotyczny miał coś wspólnego z jakimś hipotetycznym konceptem Ja bardziej prawdziwego niż prawdziwe. Jeśli ufać aktualnym wynikom badań, choroba raczej z tego Ja powoli okrada, a nie umożliwia jego ekspresję. Czy moralność antypsychiatrów pozwala im udźwignąć ciężar odpowiedzialności za potencjalne odwiedzenie kogoś od leczenia dającego szansę na remisję?

By uniknąć takich nieporozumień, niezbędny jest dialog między psychiatrami i antypsychiatrami przepełniony obustronnym szacunkiem i wyżej wspomnianą empatią. W duchu tego dialogu, możemy liczyć, że „New York Times” opublikuje odpowiedź prof. Liebermana na artykuł antropolożki…

(4)
Reklama
Komentarze