Zaloguj
Reklama

Dlaczego nie ufam Bertowi Hellingerowi?

Dlaczego nie ufam Bertowi Hellingerowi?
Fot. ojoimages
(0)

10 grudnia w sali koncertowej Górnośląskiego Centrum Kultury odbyło się spotkanie z Bertem Hellingerem pt. „Wszystkie dzieci są dobre - ich rodzice też”. Postanowiłem skorzystać z okazji i zobaczyć słynnego, w niektórych kręgach wręcz legendarnego psychoterapeutę, wysłuchać jego wykładu, wzbogacić własny warsztat. Jednak Hellinger rozczarował mnie i oburzył. Rażącymi błędami terapeutycznymi podczas przeprowadzonych krótkich sesji, banałami i truizmami wykładu oraz przedmiotowym traktowaniem człowieka.


Jakie błędy popełniał Hellinger? Po pierwsze, podczas przeprowadzonych w sali Centrum Kultury ustawień rodziny, tzw. reprezentanci - osoby wcielające się w role członów rodziny chorego, przeżywali bardzo silne emocje. Rzecz to naturalna podczas pracy przy użyciu technik psychodramy. Jednak jedną z podstawowych zasad dramy jest zakończenie pracy poprzez wyprowadzenie aktora z roli. Bert Hellinger nie wyprowadzał reprezentantów z roli. Osobie słaniającej się na nogach chwilę po tym, jak wiła się na podłodze z rozpaczy i wstydu mówił: „Dziękuję, usiądź... Nic Ci nie jest?” Różne szkoły terapeutyczne różnie nazywają taką sytuację: błąd nie wyprowadzenia z roli, brak omówienia roli aktora, brak „odczarowania” sytuacji, niedomknięty gestalt. Dla każdej jest to kardynalnym błędem.
Kolejną z podstawowych zasad terapii grupowej jest dyskrecja. Terapia odbywa się w zamkniętej grupie, przy silnym poczuciu bezpieczeństwa wynikającym z wzajemnego zaufania, przy jasno określonej normie nie opowiadania poza grupą o problemach innych jej członków. Ustawienia Hellingera odbywały się przy 1200 osobach na widowni. Żadnych szans na zachowanie powyższych zasad. Przypuszczam, iż rodzinom tym powiedziano, że kosztem tego „ekshibicjonizmu emocjonalnego”, będą mieli możliwość pracować z wybitnym terapeutą, że praca ta zmieni i wyprostuje ich trudne życie. Uważam, że stawianie człowieka wobec takiego wyboru jest wykorzystywaniem sytuacji, w której się on znajduje. Faktem jest, że błąd ten popełniali też inni, często wybitni, twórcy nowych metod, chociażby Fritz Perls. Nie zmienia to jednak faktu, że działanie takie jest nieetyczne.
Po trzecie, Hellinger sprawiał wrażenie, jakby ustawiał rodzinę tylko po to, aby udowodnić własną teorię odnośnie genezy danego zaburzenia. Podczas, gdy niemal cała współczesna psychoterapia kieruje się w stronę wieloczynnikowej, holistycznej wizji choroby, ten terapeuta ma jedno wytłumaczenie dla wszystkich przypadków danego zaburzenia. Kiedy małżeństwo mówi, że nigdy nie dokonało aborcji, Hellinger z oburzeniem: „Nie mówicie mi prawdy, nie jesteście gotowi, by ze mną pracować”. Kto nie potwierdza hipotez „mistrza”, nie jest godny jego uwagi.
Całość sytuacji sprawiała wrażenie starannie przemyślanej. To czynniki sytuacyjne właśnie pozwalały na manipulowanie ludźmi. Liczna widownia, osoba zapowiedziana jako wybitny, niekwestionowany autorytet, rodziny w trudnej sytuacji (choroba), to wszystko powodowało uzasadnione oczekiwanie, że wydarzy się „coś wielkiego”. Nic dziwnego, że drama odbywająca się w takich warunkach wyzwala wielkie emocje. Nic też dziwnego, że w tak zaaranżowanej sytuacji pacjenci Hellingera nie protestowali, gdy ten wmawiał im zdarzenia, które przypuszczalnie nigdy nie miały miejsca.

Wykład Berta Hellingera, podobnie jak metody jego pracy, spowodował u mnie skojarzenia, pod wpływem których chętniej nazywam go guru niż terapeutą. Jako wielkie własne odkrycia przedstawiał on sprawy doskonale znane psychologii społecznej i socjologii. Tonem mędrca, który jako jedyny poznał Prawdę przedstawiał imperatywy etyczne będące od tysiącleci podstawą wielu religii. Czyżby nie wiedział, że teoria wymiany społecznej została sformułowana już przed laty? Czy jako były zakonnik nie zdaje sobie sprawy, że przykazanie miłości nie jest niczym nowym, a prezentowani go jako własnego odkrycia jest banalne?
Ponadto Hellinger posiada niezwykle proste wytłumaczenia skomplikowanych problemów, które od lat starają się rozwiązać naukowcy, etycy, politycy. Konflikty na Bliskim Wschodzie, autyzm, schizofrenia, choroby nowotworowe, relacje rodzinne – wszystko to wypływa z jednej zasady, a odkrywcą tej arche jest właśnie Bert Hellinger.

Hellinger podczas pracy wykazał rażący brak konsekwencji. Podczas wykładu mówił, że wszyscy są rzekomo dobrzy i nie są ich winą relacje i choroby w rodzinie (teza również dyskusyjna). Jednak w czasie ustawień wartościował, krytykował nieświadome tendencje ojca. Obarczył go winą za nieświadome dążenie do śmierci, które rzekomo jest przyczyną autyzmu syna.
Jak już wspomniałem Bert Hellinger używa wielkich słów, głosi potrzebę miłości. „Ostatecznie pod każdym problemem kryje się miłość” – napisał w liście do publiczności zamieszczonym na stronie: http://www.gck.org.pl/start_tytulowa3.html. Jednak podczas spotkania zdarzyły się dwa incydenty ukazujące, że sam tej zasady nie respektuje. Dwie osoby na widowni okazały się dla prowadzących nieco kłopotliwe. Jednej zaczęła dzwonić komórka, której zestresowana kobieta nie umiała wyłączyć, drugą był mężczyzna pragnący uzupełnić wypowiedź Hellingera. Faktem jest, że obie sytuacje w wyraźny sposób zakłóciły przebieg spotkania (a może spektaklu?). Jednak sposób, w jaki zostały potraktowane był po pierwsze skrajnie nieuprzejmy, po drugie, ukazał Hellingera (oraz jego tłumacza) jako osobę despotyczną. Widoczny tu był wyraźny rozdźwięk między dobrodusznym tonem „mistrza” nakłaniającego do miłości, szacunku i przebaczania, a groźnym, władczym autorytetem, który nie znosi, kiedy ktoś mu przerywa.

Nie wiem w jaki sposób pracują inni terapeuci korzystający z metody ustawień rodziny. Jednak obawiam się, że sam Bert Hellinger bardziej zagraża pacjentom niż pomaga.

(0)
Reklama
Komentarze