Zaloguj
Reklama

Lej depresji

Autor/autorzy opracowania:

Adres www źródła:

Kategorie ICD:

Kategorie ATC:


Lej depresji
Fot. ojoimages
(4)

Artykuł przygotowany przez pacjenta. Jest to swego rodzaju pamiętnik, który pokazuje, co pacjent odczuwa w czasie choroby.

Jest głęboki jak ocean. Wciąga w środek jak cichy wir, trzyma mocno i nie pozwala wyjść na zewnątrz, do normalnego świata. Przytrzymuje wspomnieniami, szczególnie tymi z przeszłych porażek. Jego ściany są śliskie jak lód albo mokre szkło czy rozjeżdżony śnieg. Odbiera chęć do życia, przykuwa do łóżka na długie godziny, a nawet dni i noce. Poraża niemocą pozbawia zdolności do pracy... a na dnie czają się myśli o śmierci...żeby zasnąć i więcej się nie obudzić, żeby połknąć dużo tabletek i zakończyć to wszystko. A jednak strach przed śmiercią i przed tym, że mogłoby się nie udać, powstrzymują mnie od tego. Także uczucie empatii wobec Rodziny i ludzi, którzy by mnie znależli. Pewnie nie byłby to przyjemny widok.

Leki przeciwdepresyjne nie pomagają, Sulpiryd nadmiernie uspokaja, a Anafranil najpierw delikatnie poprawia nastrój, a następnie wywołuje uczucie zmęczenia i senność. Alkohol, papierosy i odżywki dla sportowców nie pomagają również. Człowiek chwyta się różnych sposobów, a potem załamuje się rozczarowany.

Teraz jest koniec października, nadchodzi zima, wieczory i noce są coraz dłuższe. Nie służy to zmęczonej psychice. I te cztery ściany, w których nie ma do kogo siê odezwać. To wszystko pogrąża pacjenta coraz bardziej. Słaba psychika potrzebuje cudu, żeby się wyrwać z tego zaklętego kręgu. A czasami cud nie chce nadejść, każe zbyt długo na siebie czekać i ten kryzys odbiera wiarę w Boga, w Jego możliwości...Bywa też, że depresja przemieni się w manię lub psychozę i wtedy chęć do życia wraca, ale ostatnio miałem też dużo oscylacji myśli wokół śmierci gwałtownej, którą być może traktowałem jako wyzwolenie ze stanu napięcia i zagrożenia. A teraz myślałem o Niej jako o cichej ucieczce od życia, od problemów finansowych, problemów w pracy, od samotności.

Żałuję, że osłabła moja wiara w Boga, chociaż wiosną napisałem ALLAH AKBAR na prawie każdej ścianie mojego mieszkania. Później jednak przyszła hospitalizacja i bolesne „sprowadzanie na ziemię z tych odlotów”, jak się wyraził ordynator.

Chcąc nie chcąc, robi się resume, które, wg norm tzw. normalnego świata, nie wypada korzystnie: utrata pracy, kompromitacja przed wieloma ludźmi, długi, konflikt z Rodzicami, uzależnienie się od palenia papierosów. I ten bagaż doświadczeń, których nie sposób opisać. Cokolwiek bym napisał, to by było za słabe. To trzeba przeżyć. A zatem być może piszę dla ludzi takich jak ja, którzy nie mogą się odnaleźć w normalnym świecie. Ale też dla tych normalnych, żeby wykazali więcej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji dla świrów. Naprawdę nie wiadomo, skąd to się bierze, a może to spotkać każdego. Szaleństwo podąża swoimi drogami, niezrozumiałymi dla nikogo, nawet dla tego nim owładniętego. Często po „pacyfikacji”, czyli hospitalizacji, żałowałem, że nie pamiętałem co myślałem, a czasami co robiłem w trakcie chorego podniecenia. Przede wszystkim leki tak działają, ale też zauważyłem występowanie u siebie „wysp niepamięci”. Być może psychika w ten sposób usuwa myśli i pomysły, przez które nie mogłem spać i normalnie funkcjonować.

Na przykład w czasie ostatniego obłędu miałem urojenia prześladowcze. Wydawało mi się, że sąsiedzi z bloku naprzeciwko obserwują mnie, dają mi znaki i bawią się w „Wielkiego Brata”. Myślałem, że w mieszkaniu mam założony podsłuch i to w wielu miejscach: w domofonie, w radiomagnetofonie, w lampkach, w kuchence elektrycznej. Domofon wyrwałem, radiomagnetofon i kasety zniosłem do piwnicy, kabel od kuchenki chciałem wyrwać ze ściany. Myślałem, że ci, którzy mnie kontrolują, dają mi znaki za pomocą diód z kuchenki. Ich charakterystyczny kształt przypominał mi film o Godzilli i rozmanażająych się jajeczkach. Na początku myślałem, że kuchenka służy do wyprodukowania potwora, potem wydawało mi się, że POTWÓR - TO JA.

I rzeczywiście, gdybym użył to, co nosiłem ze sobą, młotek, nóż czy łom, to stałbym się potworem. Na szczęście do tego nie doszło. Hamulce działały, a następnie zostałem przyhamowany wbrew swojej woli - w szpitalu. Co prawda podpisałem zgodę na leczenie, ale pod presją - ojca i osoby przyjmującej mnie. Zresztą nie miałem wyjścia - lekarz wypisał skierowanie, a ja już nie miałem środków do samodzielnej egzystencji, zwłaszcza finansowych. Byłem przekonany, że w kawie zawarta jest kokaina i że można dokonać jej ekstrakcji poprzez prażenie fusów. No więc prażyłem fusy i wdychałem opary i wydawało mi się, że jestem na haju. Kuchenkę traktowałem jak laboratorium chemiczne - miałem nadzieję, że pomoże mi wyprodukować koktajl Mołotowa. Myślałem, że sam na to wpadnę albo że znajdę gdzieś przepis i po prostu spreparuję sobie ten materiał wybuchowy. Myślałem, że będzie wojna i że ja będę na niej żołnierzem, być może zamachowcem samobójcą. Próbowałem ćwiczyć marszobiegi w glanach i podczas jednego ze skoków prawie skręciłem sobie kostkę. Zacząłem palić papierosy, bo myślałem, że dodadą mi sił i wydawało mi się, że w Camelach jest marihuana. Podejrzewałem, że w jednej z agencji towarzyskich są agentki KGB,że do kawy dodawana jest kokaina, a do cytrynki LSD. Mocz oddawałem do butelek i słoików, żeby mieć dowody, ale jakoś nigdy nie miałem pieniędzy na testy. Zresztą, gdyby nic nie wykazały, pewnie bym stwierdził, że zażyłem coś niewykrywalnego. Słoiki i butelki z moczem ustawiałem na balkonie na płytkach jak na szachownicy, ale z tej gry nic nie wychodziło. Czarne krzesło ubierałem w czarną kamizelkę i „podłączałem” do kabla, chcąc pokazać, że dla Ala Capone przygotowane jest krzesło elektryczne. Obawiałem się,że umrę śmiercią gwałtowną, być może już wkrótce i że muszę się opowiedzieć, po której jestem stronie: białych, brązowych, niebieskich czy czarnych. Biali oznaczali męczenników i Kościół, brązowi wojsko, niebiescy policję, a czarni mafię. Mam na imię Paweł, więc myślałem, że umrę pod mieczem. Każdy ból kręgosłupa, który często miewam w okolicy krzyżowo - lędźwiowej, traktowałem jako ostrzeżenie i groźbę od szatana. Miało to oznaczać, że umrę od miecza, jeśli obiorę drogę św. Pawła. Jeśli bym wybrał brązowych, to bym umarł od wybuchu, jeśli niebieskich, to zabiłaby mnie mafia, jeśli czarnych, to policja wsadziłaby mnie do więzienia. Zdaje się, że nie było wyjścia z tej sytuacji. I tak źle, i tak niedobrze. Któregoś dnia, w szale, zacząłem wyrzucać z mieszkania wszystkie niebieskie rzeczy, bo zacząłem nienawidzić niebieskich za to,że się mną bawią. Uznałem to wszystko za policyjną prowokację, a siebie za ultratester. Myślałem, że chcą zobaczyć, ile człowiek może wytrzymać. Z wściekłością i radością młotkiem rozwaliłem niebieską suszarkę do naczyń i miskę. Stwierdziłem, że czarni to żelazo i stal, i że są twardsi od miękkich jak plastik niebieskich. Myślę, że w tym momencie byłem czarny i niszczenie tych przedmiotów dało mi dziwną satysfakcję. Gdzieś tam w podświadomości krążyły słowa, że w człowieku tkwi instynkt niszczenia i instynkt tworzenia. Dziś żałuję, że zniszczyłem te przedmioty, bo ktoś musiał za nie zapłacić ale w tamtej chwili nie myślałem o tym, owładnięty obsesją „wojny mafii”. Nic się nie liczyło, tylko szaleństwo. Jako biały na przykład, pojechałem do burdelu i wręczyłem barmance kopertę z kartką z Hymnem o Miłości św. Pawła. Jako niebieski zapisywałem numery rejestracyjne, również w komórce, ale nigdy nie poszedłem z nimi na policję. Myślałem, że piosenka Eiffela 65 pt. „I’m Blue” to piosenka policyjna lub piosenka o kokainowym bluesie. Miałem wrażenie, że całe moje życie zostało zaprogramowane przez wrogie sobie i zwalczające się siły: Kościół, komunę, policję, mafię. W mojej głowie rodziły się różne sprzeczne myśli i pomysły i część z nich realizowałem. Wszystko miało znaczenie symboliczne - liczyłem nawet kroki na schodach i odnosiłem je do Dziesięciu Przykazań. Gdy patrzyłem w lustro, myślałem, że szatan robi do mnie oko. Podejrzewałem, że wszystkie moje kasety zostały mi podsunięte przez różnych agentów: Watykanu, amerykańskich, arabskich. Nawet mojego przyjaciela i Rodziców podejrzewałem o powiązania z różnymi grupami. Myślenie aferowe kwitło. I do czego mnie doprowadziło. Do degradacji społecznej. Do pauperyzacji. Do hospitalizacji. Do nikotynizmu. Do depresji. Być może teraz dopiero w pełni zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Być może chciałbym cofnąć te chwile, ale, co się stało, to się nie odstanie.(What is done cannot be undone - Co jest zrobione, to nie może być odzrobione).

Przyszła pora na wyciągnięcie wniosków. Moje zaburzenia psychiczne nie doprowadziły mnie do niczego, ale leczenie ich tylko i wyłącznie farmakologicznie to również droga do nikąd. Po neuroleptykach czuję się fatalnie - bolą mnie mięśnie, głowa, nic mi się nie chce i czuję się ogólnie osłabiony. Bez nich z kolei cierpię na bezsenność i niepokój. Ale może jest to niepokój egzystencjalny. Być może naprawdę nie wiem kim jestem i szukam własnej tożsamości. Być może moje wybuchy psychoz to tylko krzyk zranionego ego, które nie może się dostosować do nerwicogennych norm społecznych. Być może nie wystarcza mi bycie nauczycielem angielskiego, może chciałbym być kimś innym...Tyle się naczytałem, że od tego pomieszało mi się w głowie i już sam nie wiem, kim jestem. Chciałbym być pisarzem, ale czy starczy mi tematów i natchnienia? Czy potrafię pisać dobrze, dogłębnie i z całą znajomością rzeczy o czymś innym niż własne życie? Czy znajdę wydawców, którzy zechcą opublikować to, co napisałem? I czy znajdę wiernych czytelników, gotowych kupować moje książki?
 
(4)
Reklama
Komentarze