Zaloguj
Reklama

Medycyna naturalna oczami psychiatry

Medycyna naturalna oczami psychiatry
Fot. medforum
(0)

Wywiad z profesorem dr. hab. Zdzisławem Janem Rynem z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego - lekarzem psychiatrą i wieloletnim ambasadorem RP w Chile i w Boliwii, który ukazał się w marcowym wydaniu Vilcacory

Od redakcji:

Publikujemy wywiad, który ukazał się w czasopismie: Vilcacora (marzec 2004, nr 3(50), s. 28-30). Mamy nadzieję, że będzie on wstępem do dyskusji nad stosowaniem środków niezapisywanych przez lekarza.

Chodzi o dwa aspekty tego problemu: stosowanie takich środków przez pacjentów z zaburzeniami psychicznymi oraz potencjał wywoływania przez te substancje działań ubocznych o charakterze psychopatologicznym.

W wywiadzie poruszane są też kwestie działań z pogranicza psychoterapii. Ciekawym jest pytanie na ile działania znachorów czy szamanów wykorzystują mechanizmy (manipulacji?) stosowane przez psychoterapeutów?

Treść jest kontrowersyjna. Nie jest stanowiskiem redakcji. Zapraszamy do dyskusji.

 


Tytuł oryginału: AMBASADOR VILCACORY

Wywiad z profesorem dr. hab. Zdzisławem Janem Rynem z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego - lekarzem psychiatrą i wieloletnim ambasadorem RP w Chile i w Boliwii

- Przez wiele lat przebywał pan w Ameryce Łacińskiej jako eksplorer i jako dyplomata. Miał więc pan jak rzadko kto wiele okazji by zetknąć się z tamtejszą medycyną naturalną - medycyną często wywodzącą się jeszcze z czasów prekolumbijskich. Jednocześnie jest pan lekarzem i wybitnym przedstawicielem naukowego establishmentu... To drugie w żaden sposób nie przeszkodziło panu dojrzeć w ludowych tradycjach leczniczych wartości i doświadczenia, z których przynajmniej część uznaje pan za godne przeniesienia...
- Moje doświadczenia powstałe na styku podróżnik-dyplomata-lekarz pod wieloma względami na pewno są niepowtarzalne. Niezwykle istotnym jest jednak fakt, że jestem psychiatrą, a psychiatrzy z uwagi na specyfikę wykonywanej przez siebie profesji, niejako z natury, są bardziej otwarci na wszelkiego rodzaju innowacje. Z jednej strony przeżywamy swoisty kompleks nienaukowości naszej dyscypliny, z drugiej czujemy się spadkobiercami idei medycyny, która po części jest także sztuką. Psychiatrzy, częściej niż lekarze somatyczni, ocierają się bowiem o ograniczenia medycyny akademickiej i zdają sobie sprawę z konieczności rozszerzenia jej paradygmatu.

- Co pan profesor ma na myśli?
- Pierwszy przykład z brzegu - choćby samo pojęcie uleczalności. Niekiedy zdarza się, że pacjent, który trafia do nas z zaburzeniami psychosomatycznymi, po intensywnej kuracji opuszcza klinikę z niewiele zmienionymi objawami, ale potrafi z nimi nie tylko żyć, ale poprawnie funkcjonować. Są też sytuacje odwrotne: w wyniku psychoterapii, czy leczenia farmakologicznego, usuwamy objawy, ale pacjent wcale nie czuje się zdrowy i sprawny do życia. Tu pojawia się problem - co to znaczy uleczyć, wyleczyć?: czy usunąć objawy i poprawić subiektywny stan pacjenta, czy też przywrócić jego funkcjonowanie z okresu przedchorobowego? Lekarze somatyczni rzadko konfrontowani są z tego rodzaju dylematami.
- Co, w czasie pańskich podróży i pobytów w Ameryce Łacińskiej, przekonało pana do tamtejszych praktyk leczniczych, kultywowanych przede wszystkim w środowisku tubylczym? Co skłoniło pana do zatrzymania się i zastanowienia nad ich istotą, mimo że większość pańskich kolegów po fachu byłaby zapewne skłonna określić je jako fenomeny nie warte zaprzątania sobie głowy?
- Początkowo także wyjeżdżałem z Ameryki Płd. jako sceptyk. Moja opinia na temat medycyny naturalnej, w tym - nazwijmy to umownie - medycyny indiańskiej, w niczym nie odbiegała od standardu. Stykając się z nią jednak wielokrotnie, czy to w Boliwii, w Chile, w Peru, na Jukatanie w Meksyku, zawsze podchodziłem do niej z pozycji obserwatora i żywo zainteresowanego badacza. I z czasem zauważyłem, że praktyki te są bardzo skuteczne, a pacjentom przynoszą ulgę i zdrowie! Zrozumiałem wtedy, że jest to coś, wobec czego, jako lekarz, na pewno nie mogę pozostać obojętnym. To była bardzo ważna konstatacja i wartościowa lekcja. W ten sposób - obok psychiatrii, andynizmu, studiów historycznych nad życiem Ignacego Domeyki i dyplomacji - narodziła się jeszcze jedna pasja.

- I była nią - rozumiem medycyna naturalna....
- Właśnie. Zacząłem gromadzić literaturę, spotykać się i obserwować pracę curanderos. Zauważyłem, iż - wbrew pozorom - wiedza ich jest nieprzypadkowa. Wynika z obserwacji, które nierzadko były prowadzone przez tysiące lat. Zauważyłem też, że wiedza ta była bardzo usystematyzowana. Najciekawsze było jednak to, iż w społecznościach, które nie miały ze sobą kontaktu, cuarnderos, czyli miejscowi uzdrawiacze, często dochodzili do identycznych wniosków. Była to więc wiedza w pewnym sensie obiektywna. Coś, czego nie należało lekceważyć à priori, nie poddając uprzednio odpowiedniej weryfikacji.

- Domyślam się, że był pan świadkiem wielu tubylczych kuracji i... wyleczeń.
- Skuteczność tubylczych technik leczniczych jest naprawdę imponująca. Widziałem np. jak pod wpływem halucynogennych grzybów pacjenci doznają psychicznego oczyszczenia – “katharsis" – do którego we współczesnej psychiatrii zmierzamy poprzez oddziaływania psychoterapeutyczne. Na moich oczach chorzy zdrowieli pod wpływem aplikowanych wywarów z ziół, a to z jaką maestrią curanderos potrafią docierać do magicznych rewirów, które każdy nosi w swojej duszy, i jak są w stanie zaangażować psychikę pacjenta w proces leczenia i zdrowienia było czymś niezwykle fascynującym. Pod tym względem przewyższają zapewne niejednego psychoterapeutę wyszkolonego w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Myślę, że byłoby dobrze, gdybym któregoś dnia mógł zabrać do Ameryki Południowej grupę kwalifikowanych psychoterapeutów, aby mogli się nauczyć posługiwania el poder - ozdrowieńczą, psychiczną mocą, a także talentem leczenia, jakim dysponuje wielu indiańskich curanderos.

- Czy były jeszcze jakieś inne rewelacje w obcowaniu z medycyną naturalną tubylców z Ameryki Łacińskiej?
- W rozmowach z curanderos zawsze uderzało mnie, iż na każdym kroku podkreślają oni bliski związek między duchem i ciałem oraz to, iż traktują człowieka, jako integralną część natury, której nie należy nadmiernie rozkładać na czynniki pierwsze. Mówili, iż nie można leczyć ciała, zapominając o duszy i na odwrót. Nie można leczyć serca, jeśli zapomina się o psychice. Dla mnie - jako psychiatry - były to prawdy oczywiste. To postulaty, które głosimy właściwie od zawsze. Zadziwiające było jednak to, iż fakty te były oczywiste dla niepiśmiennych czarowników z altiplano, czy z selwy, podczas gdy na naszym rodzimym podwórku głusi na nie pozostają nadal liczni, znakomicie wykształceni lekarze somatyczni.

- I tu wracamy do punktu wyjścia. Czy poszerzenie paradygmatu medycyny, o którym pan na wstępie wspominał, miałoby m.in. polegać na zaadoptowaniu przez medycynę akademicką części doświadczeń medycyny naturalnej?
- Na pewno, choć musimy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko można przyjmować bezkrytycznie i konieczna jest dogłębna weryfikacja. Istnieje jednak wiele spraw, które można przenieść od zaraz, a opór przeciwko nim bardzo często wynika po prostu z niewiedzy. Medycyna akademicka zapomina - a może chce zapomnieć? - że w całości wywodzi się z medycyny naturalnej i że zanim doszło do syntetyzowania substancji chemicznych, lekarze dysponowali wyłącznie substancjami i lekami naturalnymi. W tym zaparciu się własnych korzeni tkwi jakaś głębsza prawidłowość psychologiczna. Otóż na pewnym etapie rozwoju dowolnie jakiej dziedziny pojawia się na tyle silne zadufanie, iż kontynuatorzy za wszelką cenę chcą zaprzeć się prekursorów, bez których wcale by ich nie było.

- Istnieje też inna prawidłowość - możemy obserwować coś w rodzaju sinusoidy: to, co najpierw było w ofensywie, z czasem słabnie, by ustąpić miejsca temu, przeciwko czemu było skierowane. Czy z czymś takim nie mamy do czynienia właśnie w tej chwili - właśnie kontekście medycyny naturalnej i medycyny akademickiej?
- Rzeczywiście. Można odnieść takie wrażenie, tym bardziej że medycyna akademicka przeżywa kryzys, także z przyczyn ściśle administracyjnych. To, co na naszych oczach dzieje się w Polsce, jest okruchem szerszego procesu, który ma miejsce w skali globu. Medycyna akademicka w wielu dziedzinach stała się tak wysublimowana i droga, iż coraz trudniej stosować ją w powszechnym lecznictwie. Jej skuteczność często nie idzie w parze z wielkością ponoszonych na nią nakładów. Na dodatek niektóre procedury usuwają chorobę, przy okazji jednak niszczą pacjenta.

- Czy jakimś rozwiązaniem mogłoby być wypracowanie pożytecznego modus vivendi między medycyną akademicką i medycyną naturalną?
- Na pewno. Konieczne jest przerzucanie między nimi jak największej liczby pomostów. Im więcej ich będzie, tym lepiej. Kto wie - może dzięki temu, z czasem obie te gałęzie na powrót zrosną się w jeden pień? Pod tym względem Ameryka Łacińska także ma do zaoferowania pewne wzorce.

- Jakie?
- Na niektórych uczelniach np. otwierane są wydziały medycyny naturalnej. Medycyna naturalna jest tam wykładana jako przedmiot fakultatywny, a forum dialogu między lekarzami akademickimi i przedstawicielami medycyny naturalnej stają się takie gremia, jak znany już Panamerykański Kongres Medycyny Naturalnej, który dwa lata temu odbył się w stolicy Boliwii, La Paz. Powstają także placówki w rodzaju ośrodków zdrowia, w których na równych prawach, w zależności od dolegliwości, można odwiedzić lekarza akademickiego, lub curandero. Swego czasu w konstytucyjnej stolicy Boliwii Sucre, odwiedziłem szpital, w którym zasadniczy personel stanowili curanderos; lekarze pozostawali w nim w zdecydowanej mniejszości.

- Wspomniał pan, że są rzeczy, które z doświadczeń terapii naturalnych można właściwie przenieść do medycyny od zaraz.
- Stosunkowo łatwo jest przejąć część egzotycznej farmakopei, co jest w tej chwili procesem dość powszechnym, a przodują pod tym względem przede wszystkim koncerny amerykańskie. Natomiast nie należy kopiować pewnych praktyk animistycznych czy psychoterapeutycznych, ponieważ żeby były one skuteczne, konieczne byłoby przeniesienie całego kontekstu kulturowego. A to jest po prostu niemożliwe.

- Rozmawia pan z pewnością na te tematy z kolegami ze środowiska lekarskiego?
- Staram się. Zauważyłem dwojakiego rodzaju reakcje. Z jednej strony słyszę, iż nie warto tym się zajmować, że wszystko to jest mało naukowe; z drugiej - zauważam życzliwe zainteresowanie. Z przykrością muszę stwierdzić, że ta pierwsza postawa dominuje wśród lekarzy.

- To niedobrze. Bo jeśli ma dojść do poszerzenia paradygmatu medycyny akademickiej, co pan postuluje, impuls powinien wyjść właśnie ze środowiska lekarskiego. W przeciwnym razie, zmiany nigdy nie zostaną zaakceptowane przez osoby najbardziej zainteresowane, czyli - przez lekarzy...
- To prawda. Jednak specjalizacja i rozczłonkowanie poszczególnych dziedzin w medycynie zaszły tak daleko, iż często nie potrafimy już porozumieć się między sobą: posługujemy się całkiem różnymi metajęzykami, co kończy się polifonią monologów, a nie tak potrzebnym dialogiem.

- Pan jednak do podjęcia tego rodzaju dialogu zdaje się być szczególnie predestynowany. Przez wiele lat był pan ambasadorem Polski w Ameryce Łacińskiej, teraz powinien się pan stać ambasadorem medycyny naturalnej w Polsce - ambasadorem curanderos, manayupy, hercampuri, vilcacory...
- Po trosze staram się to robić. Na Uniwersytecie Jagiellońskim prowadzę wykład monograficzny z antropologii i medycyny indiańskiej, w czasie którego opieram się na materiałach zgromadzonych w czasie moich licznych podróży do Ameryki Łacińskiej. Proszę sobie wyobrazić, iż chętnych jest tak wielu, że nie możemy wszystkich pomieścić. Może w przyszłości wyrosną z nich nowi ambasadorowie tej ważnej sprawy?

Rozmawiał: Roman Warszewski

Prof. dr hab. med. ZDZISŁAW JAN RYN
Zakład Patologii Społecznej, Katedra Psychiatrii
Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
31-501 Kraków, ul. Kopernika 21,
Zakład Rehabilitacji w Neurologii i Psychiatrii
Akademia Wychowania Fizycznego
Kraków, Al. Jana Pawła II 78

(0)
Reklama
Komentarze