Zaloguj
Reklama

Nie jestem wariatem! – leczenie pod okiem psychoterapeuty jak każde inne

Nie jestem wariatem! – leczenie pod okiem psychoterapeuty jak każde inne
Fot. Shutterstock
(0)

Przypominam sobie pewien kawał, w którym mężczyzna jeżdżący codziennie środkiem komunikacji miejskiej do pracy myli autobusy i wsiada do innego. Okazuje się, że są nim przewożeni pacjenci jednej z placówek dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Gdy ten się orientuje, wśród jakich ludzi się znalazł, szybko zmierza w stronę kierowcy z jasnym komunikatem: „Proszę mnie wypuścić. Ja naprawdę nie jestem wariatem!” Na co prowadzący pojazd z anielską cierpliwością i nutą znudzenia w głosie odpowiada: „Jasne, nikt z Was nie jest”.

Reklama

Społeczeństwo o osobach chorych bądź z podejrzeniem zaburzenia kiedyś

Jeszcze niedawno w Polsce pójście do psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry i mówienie o tym otwarcie z miejsca skazywało człowieka na zaszufladkowanie. Takiemu komuś przyprawiano gębę (po gombrowiczowsku) świra, wariata, szajbusa czy określano go innymi, równie wyszukanymi terminami – a język ojczysty zna ich cały szereg. W kręgu znajomych – choćby dla jednej persony z tego grona – człowiek już na zawsze pozostawał nienormalny.

W obawie przed stygmatyzowaniem ludzie często nie udawali się do specjalisty, choć mieli taką realną potrzebę. Przecież jedna wizyta mogła ich kosztować ostracyzm ze strony przyjaciół bądź nawet najbliższych. Wszak to nie rak, bolący kręgosłup czy zapalenie płuc, ale problemy z psychiką! W pewnych środowiskach – bacząc na kwestie indywidualne i nie uciekając się do generalizowania – pójście do psychiatry wiązało się z odczuwaniem wstydu. Ludzie, których bliscy odwiedzili psychoterapeutę, wstydzili się za nich, odwiedzający specjalistów wstydzili się tego, że tamci się wstydzą i tak oto krąg się domykał. Bo przecież ktoś, kto udaje się do lekarza, ma problem. Ale jakiej rangi problem? Podniesiony do kwadratu, oczywiście. W społeczeństwie można było mieć kłopoty zdrowotne z sercem, nerkami, wątrobą, ale ze samym sobą? Właśnie o zaimek zwrotny „sobą” poszło. Mało tego: gdy jednak ktoś w domu okazywał się być naprawdę chory, to zazwyczaj redukowano w nim jego dotychczasową rolę. Zepchnięty na margines życia rodzinnego był traktowany po macoszemu: taką osobę nie ma co pytać o ważne dla domostwa kwestie, niech sobie po prostu jest, zażywa leki i uczęszcza na mityngi prowadzone na płaszczyźnie chory psychicznie pacjent – lekarz. Może mu się kiedyś poprawi, a może już nigdy przecież.

Nie raz, nie dwa i nie trzy słyszałem, z jakim zatrwożeniem ludzie mówili o innych, co do których mieli podejrzenie, że mogą być dotknięci schorzeniami natury psychicznej: „Lepiej z nim nie gadaj, ma problemy z głową!” Zdaje się, że to właśnie strach przed nienazwanym skłaniał takie jednostki do krzywdzącego kategoryzowania ludzi cierpiących z powodu zaburzeń na tle psychiki. Skłaniał ich do tego również deficyt wiedzy, brak chęci edukowania się stanowiącej dla nich, kto wie, rodzaj tematu tabu. Niemniej na podstawie iluzorycznych i wypaczonych uprzedzeń zrodziły się stereotypy, które funkcjonowały wśród mieszkańców naszego pięknego kraju.

Społeczeństwo o osobach chorujących bądź z podejrzeniem choroby dziś

Na szczęście czasy te powoli mijają. Coraz częściej myślenie o odwiedzeniu psychoterapeuty czy samo udanie się do gabinetu psychiatrycznego nie wiąże się z negatywnym myśleniem ze strony innych. Chociaż u niektórych Polaków niczym nie da się wyplenić zaściankowej mentalności w tych kwestiach, zdaje się, że i tak idzie ku lepszemu. Ludzie zaczynają rozumieć, że schorzenia i zaburzenia psychiczne to po prostu choroby – jak każde inne – wymagające interwencji lekarza czy specjalisty. Że nie warto robić czegokolwiek na własną rękę tym bardziej wtedy, gdy ktoś przeczuwa, że może mieć problemy z psychiką. Z coraz większą ochotą rozmawia się o metodach leczenia, nie spychając tej tematyki do zbioru rozmów nieporuszanych. Również rodziny chorujących okazują im więcej zrozumienia, cierpliwości i dają tak bardzo potrzebne w procesie terapeutycznym wsparcie.

fot. panthermedia

Specjaliści o korzystaniu z psychoterapii

Zupełnie inaczej do kwestii tej podchodzili i podchodzą specjaliści: jeśli ktoś decyduje się na pójście do psychoterapeuty czy psychiatry, oznacza to, że chce coś zrobić. Jest mu ze sobą źle albo po prostu chce wykorzystać w pełni posiadany potencjał. Obecny stan rzeczy nie do końca mu odpowiada, ale podejmie pewne działania w celu poczucia się lepiej bądź stania się kimś lepszym. Dojrzał do decyzji, dzięki której pozbędzie się trudności uprzykrzających mu funkcjonowanie i nabędzie nowych umiejętności, które pozwolą mu na samorealizację. Co więcej, na Zachodzie (Stany Zjednoczone czy Niemcy) gdy ktoś zgłasza się do psychoterapeuty, oznacza to coś ambiwalentnego: ten człowiek potrafi o siebie zadbać. To postawa godna naśladowania. Takie zachowanie powinno być naturalne nie tylko na gruncie leczenia się u osób posiadających odpowiednią wiedzę i umiejętności w tej dziedzinie medycyny, ale także w każdej innej.

Piśmiennictwo

Źródło tekstu:

  • 1. A. Jucewicz. Przyjaciółka bywa złym doradcą. W: Jucewicz A., Sroczyński G.: Żyj wystarczająco dobrze. Warszawa 2013, s. 26-29.
    2. Tamże, s. 30-33.

Reklama
(0)
Komentarze