po raz pierwszy postanowiłam z kimkolwiek podzielić się ty co się ze mną dzieję. Zazwyczaj staram się sobie wmawiać, że to przejściowe albo normalne. Jednak dłużej już nie mogę żyć... ze sobą. Tak, nienawidzę siebie.
Długo można by pisać o wydarzeniach z mojego życia, o moim domu rodzinnym, studiach itd... jednak ja skupię się na opisaniu co się ze mną dzieję.
Od zawsze miałam problemy z akceptacją swojego ciała i wyglądu, zawsze czułam się jedynie wtedy dobrze, kiedy byłam chuda. Niestety nie potrafie powstrzymać się przed jedzeniem bo ono niejako trzyma mnie przy życiu i koloruje je. Jednak od 12 roku życia cierpię na bulimię. Ataki nie zdarzają się często, co jakieś 3-4 dni jednak nie mogę powiedzieć,że nie lubię tej choroby - gdyby nie ona byłabym jeszcze grubsza niż jestem a to by mnie całkowiecie zniszczylo.
Boje się kontaktów z ludzmi, pocę się i serce mi wali jak szolone kiedy ktoś obcy mnie zagaduje. Kiedy w na kursie jezyka mam coś przeczytać na głos, pod koniec czytania dosłownie mnie zatyka z nerwów. Nie mam pojęcia dlaczego, bo przecież rozumiem ze nie powinna być to sytuacja stresująca. Boję się wykonywać telefony do mało znanych mi osób, prosić o coś kogokolwiek itp.
Nigdy ale to nigdy nie jestem szczęśliwa. Zdałam sobie z tego ostatecznie sprawę po egzaminie na prawojazdy i po obronie pracy mgr, które poszły świetnie - ja mimo to uśmiechałam się bo wiedziałam,że tak trzeba. W środku czułam pustkę i zastanawiałam się DLACZEGO?? Ogólnie wydaje mi się, że na zasługuję na nic dobrego. Wszystko co dobre mi się trafia (lub sama na to zapracuje) tlumaczę sobie, że to przez przypadek, że to nie dzieki mnie i mojej pracy. Ze poprostu ktoś się pomylił albo dobrze mnie nie zna....
Czuję non-stop napięcie, taki ucisk w klatce piersiowej do którego już właściwie przywykłam. Coś jakby stan gotowości do ucieczki, lęk, strach przed niewiadomo czym.
Nie uprawiam z narzeczonym sexu praktycznie wcale
Boję się ciemności, boję się zasypiać sama, wręcz czuję obecność kogoś i boję się strachu jaki czułabym gdyby ktoś nagle się w tej ciszy i cieności odezwał. Panicznie boję się reakcji mojego organizmu gdyby coś takiego się wydarzyło. To jest jak błedne koło.
Wydaje mi się ze moje życie jest przegrane, że nigdy nie będę szcześliwa i nigdy niczego nie osiągnę. Zdałam sobie ostatnio sprawe, że ja nawet nie mam marzeń... tak jakby mów umysł zakładal, że nie będzie mnie kiedyś... za parę lat. Odczuwam jakoś "przez skórę" że umrę na raka i codziennie się o to modlę, bo boję się, że któregoś razu sama skończę ze sobą a to "zabiłoby" moich rodziców i narzeczonego. Chciałabym umrzeć w meczarniach ale chciałabym być wtedy otoczona opieką i miłością. Taka oto idylle sobie wymarzyłam. Już jako dziecko zdarzało się, że po kłótniach z rodzicami szłam do kuchni, szlochałam i przykładałam sobie nóż do gardła - jednak nigdy nie zrobiłam tego, także nikt o tym nie wie.
Nie potrafię przyjmować krytyki, załamuję się jeżeli ktoś chociażby źle o mnie myśli... Nie zniosłabym tego... Rozrywa mnie to od środka.
Czasami zdarza mi się, że mój umysł znienacka wysyła mi obrazy jak w danej chwili mogłabym umrzeć np. siedząc w tramwaju wyobrażam sobie, że ktoś od tyłu po prostu wbija mi nóż w plecy.
Czy jest dla mnie jeszcze jakas nadzieja na lepsze zycie??? Co robić?
Głosowałaś/eś już na tę wypowiedź
















