witam... to może ja Wam coś powiem o toksycznym związku...
rok temu udało mi się zakończyć czymś co było toksycznym związkiem? a może to już były schody do piekła? nie wiem
wyszłam za mąż za chlopaka 5 lat straszego, znaliśmy się od przysłowiowej piskownicy, nasi rodzice przyjaźnili sie, ojcowie prowadzili wspólny interes. Odkad pamietam (pozwolcie że nie bede wymawiala jego imienia) zawsze był przy mnie. Razem do szkoly, liceum, wszędzie chodzilismy razem. Treaz po latach, wiem że nigdy tego człowieka nie kochałam, ale za to kochałam rodziców...i nie chciałam ich nigdy zawieść, ani sprawić im przykrości... wszyscy mówili nam jaka to jestesmy szcześliwa parą, jakiego to ja nie mam szczęścia.. i do ślubu wszystko było w porzadku... nie narzekałam... było nam ze sobą dobrze...
Jak skończyłam liceum, doslzismy do wniosku, ze sie poobierzemy, on dostał sie na studia, ja też chcialam zaczac studium, ale łśub był wązniejszy niż moja kariera... zreszta powtarzal mi ciagle, ze nie musze pracowac i nie moge pracowac... bo ktos musi byc w domu...
dwa lata małzentwa przeszło... było spokojnie...
moj maz nadal sie kształcił, wyjezdzał... ja siedzialam w domu...
jak obronił magistra przejał firme naszych rodzicow, a ja? nadal siedzialam w domu-z psemn, kotem i papuzka...
nasze malzenstwo byl

tylko na papierze... zero seksu, rozmowy od czasu do czasu...ja mialam swoje pasje i tym sie zajmowalam- on mial ciagle wyjazdy i sprawy w firmie... w dodatku pojawil sie alkohol.. moj teraz juz były maz zaczał naduzywac alkoholu... mialam wtedy 26 lat... a czulam sie taka samotna, chcialam miec dzieci, kochajacego meza i zwykla szarą codziennosc... nie zalezalo mi na firmie, pieniazkach, chcialam miec zwykle zycie...
pamietam ten dzien, jak sie upomnialam o to...
maz rzucil sie na mnie z piesciami...
zepchnął ze schodów...
zamilkłam...
alkohol był czestym gosciem w naszym domu, a agresja męza coraz czesciej malowała na moim ciele piękne krajobrazy...
prztrwałam w takim zwiazku ponad 20 lat..
co sklonilo mnie do odejscia? popatrzylam w lustro pewnego dnia...
i wiecie co zobaczyłam? nie rozkwitajaca, pelna seksu kobiete tuz po 40-stece, tylko zmeczona zyciem, pomarszcozną 80-letnią babcie...to bylo jak impuls... odeszlam... zaczynam oddychac samodzielenie... ciezko jest... ale wiem ze dam rade...
odpowiednia terapia u psychoterapeuty..i chec do zmian na lepsze.. uratowaly moje zycie.. teraz dopiero zaczynam tworzyc i ukladac zycie po swojemu... wiem, ze dzieci nigdy nie bede miala.. ale moze jeszce rafie na czlowieka, ktory otoczy mnie odrobiną ciepła..
przerwijcie wszystkie toskyczne zwiazki wszyscy ktorzy w nich tkwicie!! to nie ma sensu! zyciue jest za piekne i za krótkie aby tkwic w czyms, co jest gorsze niż smierć...!!!
Głosowałaś/eś już na tę wypowiedź, łącznie oddano 3 głosy
Oddano 3 głosy