Zaloguj
Reklama

Recenzja książki Arnhild Lauveng „Byłam po drugiej stronie lustra“

Autorzy: Piotr Kurzac
Recenzja książki Arnhild Lauveng „Byłam po drugiej stronie lustra“
Fot. medforum
(5)

Arnhild Lauveng „Byłam po drugiej stronie lustra“, Wydawnictwo "Smak Słowa", Sopot 2008

Reklama

Takiej książki w polskich (i nie tylko) księgarniach jeszcze nie było. Jej wyjątkowość polega przede wszystkim na tym, że jest ona autobiograficzną relacją autorki pisaną z podwójnej perspektywy - jej przeżyć z czasu chorowania na schizofrenię skonfrontowanych ze uzyskanym później profesjonalnym wykształceniem i obecną praktyką w zakresie psychologii klinicznej i psychoterapii. Pierwszym z tych układów odniesienia jest opowieść zagubionej nastolatki, a potem młodej kobiety, pogrążającej się stopniowo w stanie rozpadu osobowości i desperacko walczącej z chorobą oraz jej konsekwencjami w różnych obszarach życia. Drugi zaś, to przemyślenia profesjonalistki próbującej spojrzeć na swe przeżycia z dystansu i zobiektywizować je ku pożytkowi czytelnika. Jednak przede wszystkim autorka podkreśla to, że jest już od kilku lat zdrowa, wykonuje obciążający emocjonalnie zawód, prowadzi aktywny tryb życia i nie bierze żadnych leków, pomimo tego, że przez około 10 lat chorowała na pełnoobjawową schizofrenię z przewagą objawów pozytywnych (halucynacje słuchowe, wzrokowe i niekiedy węchowe oraz urojenia prześladowcze) i nie jest tylko, jak twierdzą niektórzy, w remisji lub, co zarzucają jej inni, że w ogóle nie chorowała na schizofrenię, lecz jakieś lżejsze zaburzenie psychotyczne podobne w zakresie niektórych objawów do tej ciężkiej choroby. Zarazem zaznacza, że akurat takie było jej indywidualne doświadczenie chorowania i leczenia, więc nie jest ani przeciwniczką stosowania farmakoterapii, która pomogła jej przetrwać najtrudniejsze okresy choroby, ani też zwolenniczką sztywnego i przeważającego dotąd w konserwatywnej psychiatrii poglądu, że wszyscy pacjenci chorujący na schizofrenię powinni bezwzględnie do końca życia przyjmować neuroleptyki. Po prostu apeluje do psychiatrów o to, by byli elastyczni w swym podejściu do problematyki leczenia zgłaszających się do nich po pomoc ludzi i w związku z tym dostrzegali pośród chaosu spowodowanego procesem chorobowym konkretne osoby wraz z ich indywidualnymi, specyficznymi problemami, zamiast, jak niestety czasem wciąż jeszcze ma to miejsce, uprzedmiotowione, statystyczne „przypadki“ opatrzone „etykietkami diagnostycznymi“.

Pomimo zawartych w tym dziele wielu krytycznych uwag na temat doświadczeń nabytych w kontaktach z norweskimi instytucjami opieki psychiatrycznej i społecznej, w odróżnieniu od np. „Lotu nad kukułczym gniazdem“ Kena Kesey'a, książki tej nie nie można potraktować jednowymiarowo jako oskarżenia wymierzonego w system lecznictwa psychiatrycznego będący, zdaniem niektórych kontestatorów, wyłącznie wytworem „wpędzającego w obłęd“ społeczeństwa, gdyż autorka podkreślając subiektywizm opisu swych doznań z okresu choroby wytrąca z ręki potencjalny argument odbiorcom, którzy chcieliby użyć tego dzieła w takim celu. Przystępnym dla laika językiem opisuje zarówno to, co ułatwiało, jak i to, co utrudniało jej w kontaktach z personelem medycznym korzystanie z różnych form leczenia psychiatrycznego: farmakoterapii, psychoterapii, terapii zajęciowej czy rehabilitacji społecznej. Kładzie nacisk na to, że przede wszystkim pomocne było zaangażowanie niektórych z psychoterapeutów, lekarzy czy asystentów socjalnych wzmacniających jej nadzieję na możliwość wyleczenia lub przynajmniej znacznej poprawy stanu zdrowia na przekór powszechnej opinii, że schizofrenia to choroba nieuleczalna i trwale inwalidyzująca osobę nań chorującą. W jej dążeniu do zdrowia i spełnienia choć niektórych z przedchorobowych marzeń (m. in. uniwersyteckie studia psychologiczne i wykonywnie zawodu psycholożki) niebagatelną rolę odegrało również silne wsparcie ze strony matki i siostry. Autorka porusza też takie kwestie jak różnica znaczenia objawów chorobowych dla pacjenta, a otoczenia czy też nieświadomego porozumiewania się za ich pomocą z innymi ludźmi jako formą wyrażania potrzeb, których nie tylko zaspokojenie, lecz nawet nazwanie i wypowiedzenie w języku mówionym z jakichś względów zostało utrudnione lub uniemożliwione. Dzięki temu jest to też swoisty zbiór sugestii terapeutyczno-rehabilitacyjnych skierowanych zarówno do profesjonalistów zajmujących się leczeniem i szeroko rozumianą pomocą chorym jak i rodzin oraz środowiska społecznego pacjentów. Książka ta jest też bardzo ważnym głosem w społecznej kampanii przeciwko społecznemu napiętnowaniu i wszelkim formom dyskryminacji osób chorujących na choroby psychiczne oraz ich rodzin.

Dodatkowym atutem tego dzieła jest jego forma literacka oparta w dużym stopniu na sporej dawce konstruktywnego czarnego humoru. Jednak po wymienianiu wielu zalet książki nasuwa mi się jedno pytanie do tłumaczki i oficyny wydawniczej, która opublikowała ten utwór w Polsce. Otóż z jakiego powodu zmieniono zdecydowany w swej wymowie, oryginalny autorski tytuł: „Jutro zawsze miałam być lwem“ pochodzący z ostatniego wersu wiersza autorki otwierającego książkę, na brzmiący w zestawieniu z nim nieco banalnie: „Byłam po drugiej stronie lustra“?


Summary

Arnhild Lauveng's „Tomorrow I'd always be the lion“ is exceptional book, author's reflexive narrarration about near 10 years long selfexperience fullsymptoms schizophrenia and her return to full mental health. She wrotes it from two perspectives – ex-patient and present clinical psychologist and psychotherapist, and began to speak in public campaign against stigamtization and  any forms of social discrimination of people suffering at mental illnesses.

Piśmiennictwo

Kategorie ICD:


Reklama
(5)
Komentarze